Dynamika między dwoma idealnie obsadzonymi bohaterami jest skomplikowana i to ona w gruncie rzeczy jest sercem serialu. Świetnie ogląda się ich utarczki słowne, zwłaszcza w dalszych odcinkach,
Hal Jordan został Zieloną Latarnią, bo pewnej nocy, podczas – powiedzmy – bliskiego spotkania trzeciego stopnia, odpowiedział poprawnie na jedno pytanie: "Czy się boisz?". A że to uzależniony od adrenaliny pilot-oblatywacz, to odpowiedź – pomimo zawieszenia nad ziemią przez zielony strumień pozaziemskiej energii – była prosta: "nie". Pytanie to przewija się zresztą przez cały serial i zdaje się, że jego twórcy również zadawali je sobie podczas pisania scenariusza. I odpowiadali podobnie jak Hal, z równą mu pewnością siebie.
Ale czego innego spodziewać można się po Damonie Lindelofie (genialne seriale "Pozostawieni" i "Watchmen"), Chrisie Mundym ("Ozark", 4. sezon "Detektywa"), czy Tomie Kingu, scenarzyście komiksowym odpowiedzialnym za takie perełki jak "Vision", "Mister Miracle", czy "Supergirl. Kobieta Jutra". Bo wymaga nielichej odwagi, by serial o kosmicznych gliniarzach umiejscowić w sercu małomiasteczkowej Nebraski, a potem niemal z odcinka na odcinek odsłaniać elementy fabularnej układanki, całkowicie zmieniając perspektywę widza na historię bohaterów i ich skomplikowaną relację.
W Hala Jordana wciela się obłędnie charyzmatyczny Kyle Chandler. To ważne, bo gdyby nie urok osobisty mierzony na metry, Hal byłby zwyczajnym dupkiem. Główna oś fabuły dzieje się w 2016 roku, gdy jedyna Zielona Latarnia ziemskiego pochodzenia jest już kilka lat poza szczytem formy. Nie chce mu się nosić kostiumu (bo w dżinsach łatwiej iść za potrzebą), a problemy rozwiązuje dzięki brawurze, nie wyobraźni i planowaniu. A to właśnie tego oczekiwać powinno się po superbohaterze, którego moc opiera się manifestowaniu do istnienia czegokolwiek sobie nie wyobrazi.
Właśnie tak działa Pierścień Mocy, znak rozpoznawczy Zielonych Latarni i prawdopodobnie najpotężniejsza broń we wszechświecie. Takiego skarbu nie należy oddawać w niepowołane ręce, a najlepiej skorzystanie z niego ktoś, kto ma ponadprzeciętną wyobraźnię przestrzenną, zmył obserwacji i analityczny umysł. Dobrze byłoby, gdyby posiadacz pierścienia był też niezwykle sprawny fizycznie, respektował łańcuch dowodzenia, wykonywał rozkazy i miał niezachwiany kompas moralny.
Taki właśnie jest John Stewart (świetny Aaron Pierre), który ma być dla Jordana potencjalnym następcą, gdyby temu pierwszemu coś się stało. I choć Stewart to kandydat doskonały i do bycia Latarnią doskonale przygotowany, to Hal wcale nie zamierza się pierścienia pozbywać i swojego potencjalnego następcę traktuje jak wepchniętego mu pod skrzydła stażystę. Dynamika między dwoma idealnie obsadzonymi bohaterami jest skomplikowana i to ona w gruncie rzeczy jest sercem serialu. Świetnie ogląda się ich utarczki słowne, zwłaszcza w dalszych odcinkach, gdy pozornie niewyczerpalna cierpliwość Stewarta zaczyna się kończyć.
Osią fabuły jest jednak śledztwo, które rzuca bohaterów do Rushville, najmniejszego z małych miasteczek rolniczej Nebraski. To tam, podczas licealnego meczu futbolowego, trupem pada czterech tajemniczych mężczyzn. Sprawą kieruje lokalna szeryf, Kerry Kane (doskonała Kelly Macdonald), której wcale nie podoba się, że Hal Jordan i jego podopieczny wchodzą jej w paradę. Hal jednak czuje w kościach, że w strzelaninę zamieszani są kosmici, a przeczucie i instynkt to coś, czym kierował się przez całą superboahterkską karierę i, jak twierdzi, jeszcze nigdy się nie pomylił. Z czasem oczywiście wszystko się komplikuje, kolejne odcinki przeskakują w czasie to do przeszłości, to przyszłości i niczym w "Detektywie" pokazują nam, jak nasi bohaterowie zmieniali się na przestrzeni dekad.
Scenariusz to, poza aktorstwem, najmocniejsza strona serialu. Dawno żadna produkcja superbohaterska tak mnie nie wciągnęła. Twórcy umiejętnie wplatają w treść nowe zagadki, a gdy jakąś rozwiązują, zazwyczaj generuje ona kolejne pytania. Jest tu nieco z "Reachera" i "Detektywa", trochę zabawy gatunkiem z "Watchmen" i innych produkcji Lindelofa. Adekwatna doza kosmicznej superbohaterszczyzny, policyjnego dramatu i kumpelskiej komedii akcji.
Serial sprawnie też łączy się z szerszym uniwersum filmów DC i pokazuje, że jeśli szefowie studia, James Gunn i Peter Safran, zlecą rozwijanie tego świata odpowiednim twórcom, to kasowa porażka "Supergirl" może okazać się jednorazowym wypadkiem przy pracy. Bo jeśli reszta telewizyjnego i filmowego uniwersum DC ma prezentować równie wysoki poziom (zarówno kreatywny jak i realizacyjny) co "Latarnie", to fani Supermana i spółki, nie mają się o co martwić.